Już kiedyś wspominałam, że wiele się u mnie dzieje, a ja sama zaczynam się zmieniać. Co wywołuje te rewolucje? Ludzie, którymi się otaczam, dużo rozmów, zmuszenie do ponownego włączenia przycisku "uczucia" (który został wyłączony naprawdę-w pewnym momencie osiągnęłam perfekcję w kompletnym braku uczuć), chęć usamodzielnienia się, poczucie odpowiedzialności nie tylko za siebie. Podejmuję się rzeczy, których nie zrobiłabym do tej pory. Ryzykuje, z obawą zawsze, ale jednak. Coraz częściej kieruje mną motto "carpe diem" i że życie jest jedno jedyne. Zaczynam też zauważać istotną rzecz: moje myślenie przekłada się na całokształt. Nic się samo nie stanie, nikt za mnie nie zrealizuje moich marzeń, bym to ja czuła się spełniona.
Zwykle jak tylko coś mi się udawało, to myślałam, że a) to fart b) głupi ma zawsze szczęście c) przypadek, który wcale nie musi się dobrze skończyć. Nigdy nie było mojej zasługi, nie myślałam w sposób "zasłużyłaś sobie na to!". I co teraz? Teraz zaczynam sama sobie udowadniać wewnętrzną siłę. Jak? Robiąc często sobie na przekór, ale w dobrym celu.
Załatwiłam sobie na weekend pracę na promocji, dzisiaj 5h, a w sobotę i niedzielę po 10h. Pewna byłam, że tego nie ogarnę. I co? Ogarnęłam. To takie proste aspekty, które sprawiają mi frajdę. Mało tego, jest to praca stojąca, więc mimo tego, że dzisiaj była połowa tego, co będzie jutro, kolana odmawiały mi posłuszeństwa pod koniec, a wracając człapałam jak emeryt. Co zrobiłam po przyjściu? Od raz włożyłam buty do biegania i pomknęłam. Pomyślałam, że mam gdzieś zaduch, mam gdzieś deszczowe chmury, mam gdzieś, że zaraz będzie ciemno, mam gdzieś zmęczenie. NIE MUSZĘ, ALE CHCĘ. Kolejna ważna rzecz: nie traktuję już tego jako swego rodzaju karę, a jako przyjemność. Robię to dla siebie. Godzina sam na sam z myślami (lub właśnie ich brakiem, bo to dobry sposób na oderwanie się od nich). Były przerwy, które normalnie by mnie zdołowały, ale nie aktualnie, bo nie liczy się prędkość, a efekt, czyli uwolnienie endorfin. Długa droga przede mną do osiągnięcia harmonii, ale walczę, co jest dla mnie bardzo istotne. Żyję: ze sobą, dla ludzi, chwilą.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą myśli. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą myśli. Pokaż wszystkie posty
piątek, 24 lipca 2015
piątek, 10 lipca 2015
398. mały sukces :)
Bardzo przepraszam za to, że wczoraj nic nie napisałam, ale miałam pewne komplikacje w rekrutacji i wolałam nic nie napisać, niż co rusz używać słów "chyba, może" itp. Moja wina to była, niedopatrzenie w rekrutacji, na szczęście wszystko dobrze się skończyło i dostałam się na Politechnikę Śląską :) I jeszcze raz dziękuję za wszystkie gratulacje na instagramie :* Teraz pozostaje mi kciukać za tych, którzy wciąż czekają!
Sporo się ostatnio u mnie dzieje, głównie w sferze uczuciowej, co wymusza we mnie różne zmiany w podejściu do życia i ogólnym myśleniu, a jak do tej pory zamknięta byłam na jakiekolwiek mini-rewolucje, tak teraz już inaczej do tego podchodzę. To niesamowite, ile potrafi się zmienić w krótkim czasie i wiecie co jest najlepsze? Że to przez zupełny przypadek. Jednak nie da się życia planować za bardzo, bo potrafi się ono zmienić o 180 stopni i to najczęściej w momencie, gdy kompletnie się tego nie spodziewamy... ;)
podwójna* owsianka z ciecierzycą, cukinią, jabłkiem, cynamonem i serkiem wiejskim
Sporo się ostatnio u mnie dzieje, głównie w sferze uczuciowej, co wymusza we mnie różne zmiany w podejściu do życia i ogólnym myśleniu, a jak do tej pory zamknięta byłam na jakiekolwiek mini-rewolucje, tak teraz już inaczej do tego podchodzę. To niesamowite, ile potrafi się zmienić w krótkim czasie i wiecie co jest najlepsze? Że to przez zupełny przypadek. Jednak nie da się życia planować za bardzo, bo potrafi się ono zmienić o 180 stopni i to najczęściej w momencie, gdy kompletnie się tego nie spodziewamy... ;)
podwójna* owsianka z ciecierzycą, cukinią, jabłkiem, cynamonem i serkiem wiejskim
*kasza owsiana+płatki
poniedziałek, 29 czerwca 2015
390. chęć zmian
Bierność. Bardzo popularna "choroba". Sama potrafię ją u siebie zdiagnozować, a to już i tak duży sukces, bo teraz trzeba tylko wykombinować lekarstwo. Zatem muszę się zorganizować. Dostrzec, że to wszystko nie jest takie trudne, gdy się zacznie działać, a nie jedynie wyobrażać. Nie wierzę zbytnio we własne siły i zdolności, zawsze znajduję na powodzenia jakieś wytłumaczenie. Wszystko dzieje się dzięki czemuś/komuś, tak jakbym była jedynie poddawana różnorakim czynnikom, a sama nie miała wpływu na to, czy odniosę sukces, czy też porażkę. Od tego należałoby zacząć-zrozumieć, że siła jest w nas, docenić to, co się robi i kim się jest. Ciężko będzie, bo negatywne podejście mam odkąd sięgam pamięcią, ale jakoś perspektywa wakacji i nadchodzących zmian motywuje mnie. Zacząć działać. Zacząć wierzyć. Zapamiętać.
Jak miło mieć wolny poniedziałek.... :)
fasolowo-kakaowe placki podane z zsiadłym mlekiem
PRZEPIS
-100g czerwonej fasoli (z puszki/ugotowanej)
-jajko
-10g kakao
-20g mąki gryczanej
-zsiadłe mleko/kefir/maślanka (do konsystencji, u mnie ~40g)
-zsiadłe mleko/kefir/maślanka (do konsystencji, u mnie ~40g)
-łyżeczka lnu
-słodzidło, szczypta soli
-odrobina tłuszczu do smażenia (można pominąć)
-odrobina tłuszczu do smażenia (można pominąć)
Oddzielić żółtko od białka, białko ubić ze szczyptą soli na sztywną pianę. Resztę składników zblendować, dodać pianę, delikatnie wymieszać. Smażyć pod przykryciem (dałam ok. łyżeczkę roztopionego masła do masy).
WARTOŚCI ODŻYWCZE: 317kcal, 22,9g białka, 11,7g tłuszczu, 30,4g węglowodanów
WARTOŚCI ODŻYWCZE: 317kcal, 22,9g białka, 11,7g tłuszczu, 30,4g węglowodanów
sobota, 9 maja 2015
356. na ochłodę
Wczoraj nie mogłam się zbytnio pozbierać. Takiej huśtawki nastrojów dawno nie miałam. Nie mogłam spać jakoś od 4-5, przed 6 się poddałam i wstałam. Myśli nie dawały mi spokoju, bo na wielu płaszczyznach zawiodłam samą siebie. Po jakimś czasie wkradło się optymistyczne nastawienie, a potem znowu.. no właśnie, jak to nazwać. Smutek to nie jest. Jest mi po prostu obojętne, co się wokół mnie i ze mną dzieje. I nie, to nie jest spowodowane tylko jakąś tam maturą z biologii, która poszła mi kiepsko. Aż tak bardzo się tym nie przejmuję. Prawdą jest jednak, że jak się coś na człowieka zwala, to kilkanaście rzeczy jednocześnie i po prostu ciężar przytłacza. Co zrobić? Czekać. Tylko czekać.
nocna piankowa* jaglanka z cukinią, kakao i ricottą
*ubite białko+żelatyna
Wróciła ricotta do Lidla, wreszcie! Ale jakaś inna w smaku.
środa, 4 marca 2015
4/31 naleśniki z kaszy
Zrobiłam! Ba, nawet nie było tak źle :D Trochę sprytu i wychodzi, jestem dumna. Jedno z lepszych śniadań ;) I lody boskie.
Od razu zaznaczam, czemu tylko 2 orzechy... Włoskie kiepsko znosi mój żołądek, ale mózg doskonale, więc mogę sobie pozwolić tylko na odrobinę. A dzisiaj 2 testy, proszę o kciuki :D
Znowu ten moment. Znowu chęć, by rzucić wszystko, by przestać się starać, bo po co. Czasem to kocham, czasem nienawidzę, ale chyba bardziej jednak kocham. Tylko to bolesna miłość jest. Przechodzenie przez granicę bólu, padanie bez siły, zmuszanie się dzień w dzień. Ale przecież nie ma czegoś takiego jak taryfa ulgowa. Nie dla mnie, bo trochę luzu rujnuje wszystko. Więc co pozostaje? Walczyć. Zero czasu na cokolwiek, dzień stricte zaplanowany, chociaż czasem wkradnie się odrobina lenia i ciężko go wypędzić. Bez przeszkód nie ma radości. Bez przeszkód nie ma celu. Bez porażek nie ma sukcesów. A bez sukcesów nie ma nic sensu, bo każdy po cichu liczy na to, że cośtam przyniesie mu kiedyś korzyść.
Polemika z samą sobą, ze swoimi myślami - chyba tego potrzebowałam. Na dobre wyszło ;)
Od razu zaznaczam, czemu tylko 2 orzechy... Włoskie kiepsko znosi mój żołądek, ale mózg doskonale, więc mogę sobie pozwolić tylko na odrobinę. A dzisiaj 2 testy, proszę o kciuki :D
cynamonowe naleśniki gryczane z kremowymi lodami bananowymi z sosem czekoladowym Walden Farms; orzechy włoskie
PRZEPIS
-60g niepalonej kaszy gryczanej
-1/3 szklanki wody
-odrobina stewii i cynamonu
Kaszę na noc zalać wodą. Rano odsączyć, przełożyć do miski, wlać wodę i resztę składników. Zblendować na gładką masę, smażyć (można bez tłuszczu na dobrej patelni).
Podane z zamrożonym bananem zblendowanym z twarogiem i lnem :)
Znowu ten moment. Znowu chęć, by rzucić wszystko, by przestać się starać, bo po co. Czasem to kocham, czasem nienawidzę, ale chyba bardziej jednak kocham. Tylko to bolesna miłość jest. Przechodzenie przez granicę bólu, padanie bez siły, zmuszanie się dzień w dzień. Ale przecież nie ma czegoś takiego jak taryfa ulgowa. Nie dla mnie, bo trochę luzu rujnuje wszystko. Więc co pozostaje? Walczyć. Zero czasu na cokolwiek, dzień stricte zaplanowany, chociaż czasem wkradnie się odrobina lenia i ciężko go wypędzić. Bez przeszkód nie ma radości. Bez przeszkód nie ma celu. Bez porażek nie ma sukcesów. A bez sukcesów nie ma nic sensu, bo każdy po cichu liczy na to, że cośtam przyniesie mu kiedyś korzyść.
Polemika z samą sobą, ze swoimi myślami - chyba tego potrzebowałam. Na dobre wyszło ;)
poniedziałek, 23 lutego 2015
pietruchowo
Wreszcie spróbowałam owsianki z pietruszką i wniosek: potrzebuję czegoś jeszcze poza nią samą ;)
Za odpowiedzi co do pestek moreli dziękuję. 3-4 dziennie dla każdego domownika wprowadzam od dziś, czy im się to podoba, czy nie :P
Może faktycznie jestem zbyt dużą indywidualistką.
Nie umiem wpisać się w grupę ludzi, nie lubię się przywiązywać. Nie lubię zawracać komuś głowy, upominać się, prosić o cokolwiek. I wszystko jest ok, dopóki nie uświadamiam sobie, że przez to właśnie często dokucza mi samotność. Bo się boję. Bo myślę za dużo. Bo jestem zbytnią perfekcjonistką w pewnych sprawach. Bo uparta jestem jak diabli i musi być po mojemu. Przez to żyję w pojedynkę, a do ludzi podchodzę z ogromnym dystansem, coś w stylu "zróbmy, co mamy zrobić i idźmy w swoją stronę". Nie umiem się z tego wyplątać. Nie umiem się wpisać w blogosferę, jestem ja i cała reszta Was. To mnie męczy od dłuższego czasu, ale dopiero teraz odważyłam się o tym napisać. Czy coś z tym zrobię? Wątpię. Czemu? Bo to strefa komfortu, a ja bardzo nie lubię poza nią wykraczać. Bo za tym idą zmiany, a ja cholernie zmian nie lubię. Ciężko mi.
Za odpowiedzi co do pestek moreli dziękuję. 3-4 dziennie dla każdego domownika wprowadzam od dziś, czy im się to podoba, czy nie :P
Może faktycznie jestem zbyt dużą indywidualistką.
Nie umiem wpisać się w grupę ludzi, nie lubię się przywiązywać. Nie lubię zawracać komuś głowy, upominać się, prosić o cokolwiek. I wszystko jest ok, dopóki nie uświadamiam sobie, że przez to właśnie często dokucza mi samotność. Bo się boję. Bo myślę za dużo. Bo jestem zbytnią perfekcjonistką w pewnych sprawach. Bo uparta jestem jak diabli i musi być po mojemu. Przez to żyję w pojedynkę, a do ludzi podchodzę z ogromnym dystansem, coś w stylu "zróbmy, co mamy zrobić i idźmy w swoją stronę". Nie umiem się z tego wyplątać. Nie umiem się wpisać w blogosferę, jestem ja i cała reszta Was. To mnie męczy od dłuższego czasu, ale dopiero teraz odważyłam się o tym napisać. Czy coś z tym zrobię? Wątpię. Czemu? Bo to strefa komfortu, a ja bardzo nie lubię poza nią wykraczać. Bo za tym idą zmiany, a ja cholernie zmian nie lubię. Ciężko mi.
owsianka z pietruszką, bananem, jajkiem, kakao i zimnym mlekiem
wtorek, 17 lutego 2015
rozgoryczenie, ale burak na osłodę
Wolałam na obiad buraka nie zjeść, ale rano mieć go w tym zestawieniu... uwielbiam!! Jeszcze do wykorzystania z gryką pozostał i w cieście :D
Wiele osób ślęczy nade mną i próbuje wtłuc do głowy, że przecież takie ambicje miałam, że poważne studia, że poświęcenie przez kilka kolejnych lat, a teraz co, jedno wielkie nic, inne rzeczy mi w głowie, to niepoważne, nieodpowiedzialne, żałować będę na pewno, a wtedy już za późno będzie... Co ja na to? Proszę, dajcie mi popełniać błędy. Proszę, dajcie robić mi to, co chcę. Proszę, to moje życie, mam prawo je sobie zmarnować, bo ochoty żadnej nie mam na nic ambitniejszego, a zmuszania siebie do różnych rzeczy mam serdecznie dość. Im więcej gadania na temat matury, studiów i jakże przepięknej przyszłości po ostrym zakuwaniu, tym mniej ochoty we mnie, gdyż, wybaczcie, ale hedonistką w pewnym stopniu jestem i liczy się tu i teraz, życie traktuję jako zbyt ulotne, by robić plany na dalsze lata. Tak mi to leżało na wątrobie, że musiałam się myślami z kimś podzielić, może przynajmniej układ pokarmowy dzisiaj będzie w lepszej formie dzięki temu.
Wiele osób ślęczy nade mną i próbuje wtłuc do głowy, że przecież takie ambicje miałam, że poważne studia, że poświęcenie przez kilka kolejnych lat, a teraz co, jedno wielkie nic, inne rzeczy mi w głowie, to niepoważne, nieodpowiedzialne, żałować będę na pewno, a wtedy już za późno będzie... Co ja na to? Proszę, dajcie mi popełniać błędy. Proszę, dajcie robić mi to, co chcę. Proszę, to moje życie, mam prawo je sobie zmarnować, bo ochoty żadnej nie mam na nic ambitniejszego, a zmuszania siebie do różnych rzeczy mam serdecznie dość. Im więcej gadania na temat matury, studiów i jakże przepięknej przyszłości po ostrym zakuwaniu, tym mniej ochoty we mnie, gdyż, wybaczcie, ale hedonistką w pewnym stopniu jestem i liczy się tu i teraz, życie traktuję jako zbyt ulotne, by robić plany na dalsze lata. Tak mi to leżało na wątrobie, że musiałam się myślami z kimś podzielić, może przynajmniej układ pokarmowy dzisiaj będzie w lepszej formie dzięki temu.
kasza jęczmienna z burakiem, kakao, serkiem wiejskim i lnem
niedziela, 8 lutego 2015
z braku miłości do samej siebie
Tak, wiem. Pojawiam się, znikam, potem znowu daję znać, że żyję i odchodzę w niepamięć bez słowa wyjaśnienia. Na Wasze blogi zaglądam min. raz w tygodniu nie ujawniając się. Powód? Brak czasu totalny, zła organizacja, silne emocje - to wszystko naraz mi się skumulowało i przyznać się muszę, że ostatnio kiepsko ze mną bardzo.
Upadek dotychczasowych wartości poniósł za sobą spore konsekwencje, którym dalej się poddaję i jednocześnie cholernie mi z tym źle. Zastanawiam się, co się stało z moją determinacją? Z chęcią życia w harmonii z samą sobą? Bo przecież "w zdrowym ciele zdrowy duch", "by pokochać innych musisz najpierw pokochać siebie", "żyj w zgodzie ze sobą". A ja? Ja chyba jestem totalnym tego przeciwieństwem. Mam gdzieś swoje zdrowie, faszeruje się syfem, np. tabletkami, zupełnie przestałam przestrzegać zasad racjonalnego żywienia. Przez pół dnia jem zdrowo, a drugie pół kończy się rewolucjami w układzie pokarmowym. Jak szybko mój organizm, a raczej moja psychika, potrafiła wejść w ten mylny komfort, żeby jeść co się chce i kiedy chce, bo raz się żyje, bo tyle czasu sobie odmawiałaś, bo miej to w 4 literach, bo nie masz dla kogo się starać, bo pieprzyć zdrowie, i tak nic z tego wszystkiego nie będzie. Sposób żywienia całkowicie odzwierciedla mój sposób myślenia.
W lustro patrzeć nie chcę, ćwiczenia od pewnego czasu nie są przeze mnie wykonywane w trosce o wygląd, ale jakby przeciwko niemu. Przeciwko sobie. Zmian w sobie zauważyłam całe mnóstwo, problemów ze zdrowiem też przybyło. Próbowałam wielokrotnie się podnieść, mówiłam "od świąt, od Nowego Roku, hmm.. dobra, od połowy stycznia. Nie, nie, może od lutego? Tak, od lutego [...]". Być może niektórzy z Was to znają. Syndrom tzw. poniedziałku, kiedy to w weekend obiecujemy sobie, że od tego magicznego poniedziałku zaczniemy być innymi ludźmi. Głupie i naiwne.
Chcę wyjść sobie naprzeciw. Chcę spróbować, ale potrzebuję nie robić tego w nieświadomości innych. Bo dla siebie nie mam się co starać, skoro nie umiem samej siebie zaakceptować.
Czas podjąć walkę, bo dopóki walczysz, jesteś zwycięzcą ;) Na czym ma polegać? Codzienność ma być dla organizmu nagrodą, a nie karą. To oznacza walkę z myśleniem, pracę nad jedzeniem. Nie mam na myśli jakichś super rewolucji, bo to nie ma sensu. Małymi kroczkami do celu. Kilka kategorii produktów do wykluczenia (spokojnie, chodzi tylko o te produkty, które naprawdę niczego nie wnoszą - nie mam zamiaru eliminować żadnego źródła energii, czyt. węgli/tłuszczy/białka), przestrzeganie prawidłowych zasad żywienia, które są przecież mi dobrze znane i podejście do aktywności fizycznej jako do czasu relaksu, a nie katuszy, kiedy z bolącym żołądkiem uparcie cisnę cardio zrażając się coraz bardziej. Wiem, że za okres zaniedbania należy mi się kara, dlatego (może to wyda się śmieszne, dla mnie każdy pretekst jest dobry) postanowiłam (ku mojej uciesze będę miała wsparcie w mamie), że na okres 40 dni Postu odstawiam słodycze i alkohol CAŁKOWICIE.
Na blogu zatem będę co jakiś czas publikowała post podsumowujący. Jak mi poszło, co z moją psychiką, czy jest postęp, czy też robię krok do tyłu. Informować chciałabym o wszystkim, nawet o niepowodzeniach, bo porażki są nauczką. Poza tym mam nadzieję, że wtopy będą bardzo rzadko.
Moim celem póki co jest lekki spadek wagi (uwierzcie, muszę), tak więc zacznę na jakiś czas przestrzegać tego, co ląduje na moim talerzu. Bez paranoi, ale uwzględniając dni treningowe i bez niego. Człowiekiem tylko jestem, także dopuszczam OD CZASU DO CZASU drobne grzeszki, ale nie, jak to ostatnio bywało, codziennie, tylko raz na tydzień np. w ramach II śniadania czy coś, wykluczając czas Postu.
Cieszę się, że odważyłam się napisać ten post, bo bałam się strasznie i zbierałam cholernie długo, to bardzo trudne ujawniać innym swoje problemy. Wydaje mi się, że to już duży krok do przodu :)
Liczę tylko na wsparcie. Dziękuję tym, którzy przeczytali posta!
Upadek dotychczasowych wartości poniósł za sobą spore konsekwencje, którym dalej się poddaję i jednocześnie cholernie mi z tym źle. Zastanawiam się, co się stało z moją determinacją? Z chęcią życia w harmonii z samą sobą? Bo przecież "w zdrowym ciele zdrowy duch", "by pokochać innych musisz najpierw pokochać siebie", "żyj w zgodzie ze sobą". A ja? Ja chyba jestem totalnym tego przeciwieństwem. Mam gdzieś swoje zdrowie, faszeruje się syfem, np. tabletkami, zupełnie przestałam przestrzegać zasad racjonalnego żywienia. Przez pół dnia jem zdrowo, a drugie pół kończy się rewolucjami w układzie pokarmowym. Jak szybko mój organizm, a raczej moja psychika, potrafiła wejść w ten mylny komfort, żeby jeść co się chce i kiedy chce, bo raz się żyje, bo tyle czasu sobie odmawiałaś, bo miej to w 4 literach, bo nie masz dla kogo się starać, bo pieprzyć zdrowie, i tak nic z tego wszystkiego nie będzie. Sposób żywienia całkowicie odzwierciedla mój sposób myślenia.
W lustro patrzeć nie chcę, ćwiczenia od pewnego czasu nie są przeze mnie wykonywane w trosce o wygląd, ale jakby przeciwko niemu. Przeciwko sobie. Zmian w sobie zauważyłam całe mnóstwo, problemów ze zdrowiem też przybyło. Próbowałam wielokrotnie się podnieść, mówiłam "od świąt, od Nowego Roku, hmm.. dobra, od połowy stycznia. Nie, nie, może od lutego? Tak, od lutego [...]". Być może niektórzy z Was to znają. Syndrom tzw. poniedziałku, kiedy to w weekend obiecujemy sobie, że od tego magicznego poniedziałku zaczniemy być innymi ludźmi. Głupie i naiwne.
Chcę wyjść sobie naprzeciw. Chcę spróbować, ale potrzebuję nie robić tego w nieświadomości innych. Bo dla siebie nie mam się co starać, skoro nie umiem samej siebie zaakceptować.
Czas podjąć walkę, bo dopóki walczysz, jesteś zwycięzcą ;) Na czym ma polegać? Codzienność ma być dla organizmu nagrodą, a nie karą. To oznacza walkę z myśleniem, pracę nad jedzeniem. Nie mam na myśli jakichś super rewolucji, bo to nie ma sensu. Małymi kroczkami do celu. Kilka kategorii produktów do wykluczenia (spokojnie, chodzi tylko o te produkty, które naprawdę niczego nie wnoszą - nie mam zamiaru eliminować żadnego źródła energii, czyt. węgli/tłuszczy/białka), przestrzeganie prawidłowych zasad żywienia, które są przecież mi dobrze znane i podejście do aktywności fizycznej jako do czasu relaksu, a nie katuszy, kiedy z bolącym żołądkiem uparcie cisnę cardio zrażając się coraz bardziej. Wiem, że za okres zaniedbania należy mi się kara, dlatego (może to wyda się śmieszne, dla mnie każdy pretekst jest dobry) postanowiłam (ku mojej uciesze będę miała wsparcie w mamie), że na okres 40 dni Postu odstawiam słodycze i alkohol CAŁKOWICIE.
Na blogu zatem będę co jakiś czas publikowała post podsumowujący. Jak mi poszło, co z moją psychiką, czy jest postęp, czy też robię krok do tyłu. Informować chciałabym o wszystkim, nawet o niepowodzeniach, bo porażki są nauczką. Poza tym mam nadzieję, że wtopy będą bardzo rzadko.
Moim celem póki co jest lekki spadek wagi (uwierzcie, muszę), tak więc zacznę na jakiś czas przestrzegać tego, co ląduje na moim talerzu. Bez paranoi, ale uwzględniając dni treningowe i bez niego. Człowiekiem tylko jestem, także dopuszczam OD CZASU DO CZASU drobne grzeszki, ale nie, jak to ostatnio bywało, codziennie, tylko raz na tydzień np. w ramach II śniadania czy coś, wykluczając czas Postu.
Cieszę się, że odważyłam się napisać ten post, bo bałam się strasznie i zbierałam cholernie długo, to bardzo trudne ujawniać innym swoje problemy. Wydaje mi się, że to już duży krok do przodu :)
Liczę tylko na wsparcie. Dziękuję tym, którzy przeczytali posta!
środa, 26 marca 2014
trochę myśli
A u mnie dzisiaj inaczej, bez śniadania. Było takie, które już się kilka razy przewinęło - szpinakowo-bananowa owsianka z jajkiem i klonowym syropem, dodałam płatki Chocapic, trochę jestem zła, bo miałam ograniczać cukier, ale taaaak mi się już chciało..
Pijam gorzką (wg siebie) kawę, herbatę, to nie ten smak. Średnio mi idzie, ale muszę. Jak się przeginało to trzeba odpokutować i już :P
Powoli zaczynam żałować pewnych decyzji. Wczoraj pisałam "byle przeżyć", przeżyłam lepiej, niż przypuszczałam, ale naprawdę przeraża mnie brak perspektyw na przyszłość...
Pijam gorzką (wg siebie) kawę, herbatę, to nie ten smak. Średnio mi idzie, ale muszę. Jak się przeginało to trzeba odpokutować i już :P
Powoli zaczynam żałować pewnych decyzji. Wczoraj pisałam "byle przeżyć", przeżyłam lepiej, niż przypuszczałam, ale naprawdę przeraża mnie brak perspektyw na przyszłość...
środa, 19 marca 2014
brzydko, ale pysznie
kasza pęczak z duszonym jabłkiem, cynamonem i lnem mielonym, serkiem wiejskim i gorzką czekoladą
Pęczak w moim wydaniu jakoś nigdy nie jest fotogeniczny. Zresztą jak prawie każda inna kasza.
Szaro, buro, leje deszcz, a ja niebawem mam wyjść do szkoły. Kolana bolą, a chciałabym dzisiaj potrenować. Oczy się zamykają, a trzeba skupić się na matmie i uczyć na poprawę z chemii. Dusza nie współgra z ciałem.
piątek, 7 marca 2014
prawo stałości składu
owsianka z cukinią, jabłkiem, lnem, serkiem wiejskim (200g :D), rodzynkami (w środku, żeby napęczniały), przyprawą do piernika i syropem klonowym
bo komuś się podobał kubek, to zdjęcie całego.. :)
Prawo stałości składu, bo znowu podobnie, nie mam ochoty kombinować. To moje jedno z ulubionych kombinacji smakowych i tyle. Dużo białka, słodko, warzywnie, zdrowo :)
Blog pod wdzięczną nazwą "myśli nieokrzesane", a myśli tak tu niewiele. Więc co mi teraz w głowie siedzi? To, że strasznie dużo fałszu w dzisiejszych czasach i nie można już spokojnie komuś zaufać bez obawy, że nas nie zrani, niestety.
niedziela, 12 stycznia 2014
zmiany, zmiany, mnóstwo zmian!
Dzieje się u mnie. Szczególnie w głowie. Staram się trochę inaczej żyć, inaczej myśleć, po swojemu i dla siebie. Z pewnymi rzeczami wciąż mi dziwnie, ale to etap przejściowy, mam taką nadzieję.
Z ciekawostek: niedawno pisałam o tym, że ćwiczę Shred'a . Ukończyłam go i dodatkowo jestem już po całym Ripped in 30. Podsumowując - polecam każdemu. Jillian Michaels to tyran, który daje szczęście :)
Chcę zacząć bardziej szanować swoje ciało i organizm. Będę starała się zdrowiej odżywiać (dobra, z czekoladą nie wygram i to nadal pozostanie mój nałóg) i pragnę poinformować, że... jestem na przytyciu. JA! po 4 latach pilnowania się mogę trochę pofolgować i nie przestrzegać wszystkiego, co zjem. Właśnie ta wolność jest dla mnie dziwna.
Z ciekawostek: niedawno pisałam o tym, że ćwiczę Shred'a . Ukończyłam go i dodatkowo jestem już po całym Ripped in 30. Podsumowując - polecam każdemu. Jillian Michaels to tyran, który daje szczęście :)
Chcę zacząć bardziej szanować swoje ciało i organizm. Będę starała się zdrowiej odżywiać (dobra, z czekoladą nie wygram i to nadal pozostanie mój nałóg) i pragnę poinformować, że... jestem na przytyciu. JA! po 4 latach pilnowania się mogę trochę pofolgować i nie przestrzegać wszystkiego, co zjem. Właśnie ta wolność jest dla mnie dziwna.
Subskrybuj:
Posty (Atom)