Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dieta. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dieta. Pokaż wszystkie posty

sobota, 15 sierpnia 2015

415. orkiszowe ciasto warzywne

Uwielbiam ciasta z rabarbarem, uwielbiam też te z cukinią, to czemu by nie połączyć ich sił..? ;) 

PRZEPIS
-80g mąki orkiszowej pełnoziarnistej
-20g płatków owsianych
-10g lnu mielonego
-2 jajka (~96g)
-chlust wody lekko gazowanej (2-3 łyżki)
-150g cukinii
-3 łodygi rabarbaru
-cynamon
-proszek do pieczenia
-słodzidło
Rabarbar gotować przez około 2 minuty, odcedzić. Cukinię zetrzeć na tarce. Resztę składników zmiksować, ciasto będzie bardzo zbite, ale jak tylko doda się warzywa to stanie się płynne. W razie potrzeby dolać wody. Piec 35 minut w 190*.


WARTOŚĆ ODŻYWCZA: 585kcal, 81g węglowodanów, 14g tłuszczu, 31g białka

niedziela, 7 czerwca 2015

377. wyzwanie?

Zaczynam wyzwanie: brzuch, czyli dieta+poranne ćwiczenia na tę partię właśnie. Dietę ogólnie już ostatnio trochę zmodyfikowałam, wprowadzając więcej białka zamiast cukrów prostych i zaczęłam zwracać uwagę na indeks glikemiczny, a do tej pory w ogóle się nim nie interesowałam. Jak się coś człowiekowi nie podoba, to musi to zmieniać :P Czas start!

nocna jaglanka z jabłkiem, cynamonem, jogurtem naturalnym i kremem z fasoli

wtorek, 28 kwietnia 2015

347. błędy w żywieniu

Błędy żywieniowe zdarzają się każdemu, kto mając niezdrowe nawyki rozpoczyna starania o prawidłowy jadłospis. I dobrze, że się zdarzają, bo w końcu na błędach się uczymy i możemy innym służyć radą. Kluczem do sukcesu jest zauważenie i eliminacja tego, co robimy źle, ale przedtem musimy zrobić porządny "rachunek sumienia". Właśnie dlatego zdecydowałam się na tego posta. Do tej pory myślałam tylko o tym, co powinnam zmienić, ale efekt był taki, że trzymałam się wyznaczonych zasad bardzo krótko, praktycznie do momentu, gdy nie nastał głód. Gdy organizm domaga się jedzenia, nie ma mocnych-człowiek myśli tylko o tym, by coś zjeść. Nie mając pod ręką niczego wartościowego, bądź-co gorsze, będąc na mieście, idzie do marketu po coś hermetycznie pakowanego, wrzuca w siebie, a potem przeraża się na widok etykiety, która ukazuje mu, że jego pyszny, delikatny rogalik z czekoladowym nadzieniem to tak naprawdę samo EEE, syrop g-f, utwardzone tłuszcze, barwniki itp. itd. Oczywiście tym przykładem uogólniam wszystko, bo wiadomo, że gdy się wyrobi w sobie dobre nawyki, problem znika. 
Od kilku lat trzymałam się sztywnych reguł dotyczących odżywiania i choć ludzie wokół sądzili, że przestrzegam ich trochę za bardzo, to jednak teraz wolałabym znów do tego wrócić, niż kontynuować to, co robię od jakiegoś czasu. Długo zabierałam się za zmiany, ale nie umiałam ich dokonać, bo na myśl o kolejnych walkach ze swoją osobą (a raczej z tym, co siedzi w głowie), po prostu mi się odechciewało. Nadszedł czas, że jestem gotowa, w związku z tym przychodzi pora na rachunek sumienia ;)

1. NIERACJONALNE PRZEWIDYWANIE

Jednego dnia zjadłam za dużo, więc co zrobię? Kolejnego dnia wyznaczę sobie jadłospis w stylu 1300kcal, przy czym na kolację zjem pół serka wiejskiego, zapomnę o głodzie i poćwiczę, żeby spalić poprzednią nadwyżkę. Jak to wygląda w rzeczywistości, gdy dzień pokuty nadejdzie? Po śniadaniu okej, ćwiczę, zwykle nawet intensywnie, potem zjem coś lekkiego i.. spada drastycznie poziom cukru, zaczynam się trząść, jestem rozdrażniona, głodna, a tyle zadań przede mną jeszcze no i jak ja mam się do nich zmobilizować, gdy ciało odmawia posłuszeństwa... Początkowo walczę, ale w końcu myślę "chrzanić to" i na podwieczorek wpada drugie tyle kalorii, ile planowałam. No, to planuję kolejny dzień i sytuacja się powtarza.

2. TYLE POTU WYLAŁAM-NALEŻY MI SIĘ

To najbardziej irytująca w moim trybie życia rzecz. Pójdę pobiegać, zrobię powiedzmy te 12km, przyjdę do domu, zjem ładnie (czyt. mało i lekko, czyli niekoniecznie ładnie), a za 2-3h zaczynam się paskudnie czuć, więc idę po coś do sklepu, co ma sporo cukru i naładuje mi akumulatory. Zjadam, a potem nie mogę się na niczym skupić, bo myślę sobie o tym, ile wysiłku zmarnowałam na puste jedzenie.

3. ŻYCIE MA BYĆ PRZYJEMNOŚCIĄ

Przemawia przeze mnie hedonizm i nie ukrywam tego. Są ludzie, którzy za słodyczami nie przepadają-szczerze zazdroszczę, dla mnie to mógłby być jedyny smak, jaki istnieje :P Oczywiście, że życie ma być przyjemnością, ale wszystko zależy od tego, co dla nas kryje się pod tym słowem. Jak ktoś zaczyna przestrzegać diet to nagle myśli o jedzeniu inaczej, niż o źródle energii, w związku z czym traktuje je jako coś bardzo istotnego, mogącego przynosić dyskomfort lub radość. Tak więc w chwilach, gdy mam ochotę na słodycze, kupuję je, bo myślę sobie, że życie jest za krótkie. Co mam w zamian? Wyrzuty sumienia, po jakimś czasie + kilka kg na wadze i problemy z układem trawiennym.

4. WSZYSCY JEDZĄ, TO CZEMU MAM SOBIE ODMAWIAĆ?

Rasowy przykład. Idziecie ze znajomymi coś zjeść, oni kupują słodycze/fast-foody i wy, mając możliwość kupna czegoś zdrowszego, ulegacie pokusie i zajadacie razem z nimi. Bo zapach, bo wygląd, bo nie możecie się oprzeć. Co się z tym wiąże? Często unikanie wychodzenia z innymi z obawy przed brakiem kontroli. A dodatkowo, samotnie jesteśmy nieszczęśliwi i w samotności jeść lubimy...

5. NUDZI MI SIĘ...

... to zjem. Nieważne, że obiad był godzinę temu. Nudę trzeba zajeść, bo w nudzie, mimo że leniwie, chyba metabolizm nam przyspiesza, bo nagle żołądek się odzywa. Nie, to my sobie wmawiamy, że jesteśmy głodni, choć ciężko niekiedy to pojąć. 

6. ZAJADANIE EMOCJI

To chyba nie wymaga komentarza... Zajadanie emocji i stresu zamiast pomagać-szkodzi. Nie tylko sylwetce. Psychice głównie.

7. SZYBKIE UCZUCIE SYTOŚCI

Czyli jedzenie w pośpiechu, byle nie czuć tego wstrętnego głodu. Skutkuje to tym, że wrzucamy w siebie zdecydowanie za dużo, nie skupiając się nawet na smaku, a jedynie na uspokojeniu żołądka. Po 30 minutach jesteśmy przejedzeni, zmęczeni i ociężali. A przecież wystarczy wypić szklankę wody, jeść pomału, delektując się smakiem i dać czas na to, by informacja o najedzeniu dotarła do mózgu. 

To są, przyznaję się bez bicia, moje podstawowe problemy, z którymi się borykam. Czas je wreszcie zmienić, teraz mam je w jednym miejscu i będę zwalczała. Tak więc szykuje się kolejny wpis, w którym opiszę metody działania.
Wszelkie uwagi, porady lub Wasze doświadczenia w tej kwestii przeczytam z chęcią!

czwartek, 12 lutego 2015

znaczący dzień

Wbrew sobie i ogólnym schematom bardzo lubię postępować. W związku z tym od dzisiaj rozpoczynam swój słodyczowy detoks. To, że nie będzie łatwo, wiem na 100%, bo mój cukier ostatnio skacze jak szalony i zachcianki mam straszne. Ale przychodzi taki moment w życiu, kiedy człowiek potrzebuje zmian, ja właśnie robię ku nim maleńki krok. Będę musiała wykazać się kreatywnością, żeby kombinować coś na "gorsze dni", co nie będzie non stop kremem z fasoli :P o, a właśnie, skoro o fasoli już mowa, to nią celebruje dzisiejszy Tłusty Czwartek! Dlatego na śniadanie lekka owsianka z serkiem, jabłkiem, lnem i przyprawą do piernika, potem szybko do Lidla na zakupy, a po powrocie kawa i jabłko z ciastem fasolowo-czekoladowo-bananowym na dokładkę :)



Teraz, żeby lepiej się zmotywować, muszę szczerze przeanalizować, jakie zmiany zaszły odkąd cukier nie jest u mnie pod ciągłą kontrolą:
-łamliwe paznokcie i sucha skóra (odczuwam to baaardzo...)
-zdecydowanie gorsze nakłady energii oraz skoki cukru, w co do tej pory ciężko mi było uwierzyć. Jak to, cukier to przecież czyste węgle, energia od zaraz! Tak tak, okej, ale to zastrzyk siły na bardzo krótką metę, a później... totalny brak chęci do czegokolwiek. Chyba, że znowu doładujesz się cukrem. Wtedy koło się zamyka, bo to uzależnia jak wiele innych rzeczy.
-brzuch cierpi od zewnątrz i wewnątrz
-pogorszenie pamięci 
-pogorszenie samopoczucia i podejścia do samej siebie
-osłabienie=aktywność fizyczna na niższym poziomie

Liczę na to, że za kilkadziesiąt dni będę mogła zrobić tabelkę porównawczą :D

niedziela, 8 lutego 2015

z braku miłości do samej siebie

Tak, wiem. Pojawiam się, znikam, potem znowu daję znać, że żyję i odchodzę w niepamięć bez słowa wyjaśnienia. Na Wasze blogi zaglądam min. raz w tygodniu nie ujawniając się. Powód? Brak czasu totalny, zła organizacja, silne emocje - to wszystko naraz mi się skumulowało i przyznać się muszę, że ostatnio kiepsko ze mną bardzo. 
Upadek dotychczasowych wartości poniósł za sobą spore konsekwencje, którym dalej się poddaję i jednocześnie cholernie mi z tym źle. Zastanawiam się, co się stało z moją determinacją? Z chęcią życia w harmonii z samą sobą? Bo przecież "w zdrowym ciele zdrowy duch", "by pokochać innych musisz najpierw pokochać siebie", "żyj w zgodzie ze sobą". A ja? Ja chyba jestem totalnym tego przeciwieństwem. Mam gdzieś swoje zdrowie, faszeruje się syfem, np. tabletkami, zupełnie przestałam przestrzegać zasad racjonalnego żywienia. Przez pół dnia jem zdrowo, a drugie pół kończy się rewolucjami w układzie pokarmowym. Jak szybko mój organizm, a raczej moja psychika, potrafiła wejść w ten mylny komfort, żeby jeść co się chce i kiedy chce, bo raz się żyje, bo tyle czasu sobie odmawiałaś, bo miej to w 4 literach, bo nie masz dla kogo się starać, bo pieprzyć zdrowie, i tak nic z tego wszystkiego nie będzie. Sposób żywienia całkowicie odzwierciedla mój sposób myślenia
W lustro patrzeć nie chcę, ćwiczenia od pewnego czasu nie są przeze mnie wykonywane w trosce o wygląd, ale jakby przeciwko niemu. Przeciwko sobie. Zmian w sobie zauważyłam całe mnóstwo, problemów ze zdrowiem też przybyło. Próbowałam wielokrotnie się podnieść, mówiłam "od świąt, od Nowego Roku, hmm.. dobra, od połowy stycznia. Nie, nie, może od lutego? Tak, od lutego [...]". Być może niektórzy z Was to znają. Syndrom tzw. poniedziałku, kiedy to w weekend obiecujemy sobie, że od tego magicznego poniedziałku zaczniemy być innymi ludźmi. Głupie i naiwne. 
Chcę wyjść sobie naprzeciw. Chcę spróbować, ale potrzebuję nie robić tego w nieświadomości innych. Bo dla siebie nie mam się co starać, skoro nie umiem samej siebie zaakceptować.
Czas podjąć walkę, bo dopóki walczysz, jesteś zwycięzcą ;) Na czym ma polegać? Codzienność ma być dla organizmu nagrodą, a nie karą. To oznacza walkę z myśleniem, pracę nad jedzeniem. Nie mam na myśli jakichś super rewolucji, bo to nie ma sensu. Małymi kroczkami do celu. Kilka kategorii produktów do wykluczenia (spokojnie, chodzi tylko o te produkty, które naprawdę niczego nie wnoszą - nie mam zamiaru eliminować żadnego źródła energii, czyt. węgli/tłuszczy/białka), przestrzeganie prawidłowych zasad żywienia, które są przecież mi dobrze znane i podejście do aktywności fizycznej jako do czasu relaksu, a nie katuszy, kiedy z bolącym żołądkiem uparcie cisnę cardio zrażając się coraz bardziej. Wiem, że za okres zaniedbania należy mi się kara, dlatego (może to wyda się śmieszne, dla mnie każdy pretekst jest dobry) postanowiłam (ku mojej uciesze będę miała wsparcie w mamie), że na okres 40 dni Postu odstawiam słodycze i alkohol CAŁKOWICIE.
Na blogu zatem będę co jakiś czas publikowała post podsumowujący. Jak mi poszło, co z moją psychiką, czy jest postęp, czy też robię krok do tyłu. Informować chciałabym o wszystkim, nawet o niepowodzeniach, bo porażki są nauczką. Poza tym mam nadzieję, że wtopy będą bardzo rzadko. 
Moim celem póki co jest lekki spadek wagi (uwierzcie, muszę), tak więc zacznę na jakiś czas przestrzegać tego, co ląduje na moim talerzu. Bez paranoi, ale uwzględniając dni treningowe i bez niego. Człowiekiem tylko jestem, także dopuszczam OD CZASU DO CZASU drobne grzeszki, ale nie, jak to ostatnio bywało, codziennie, tylko raz na tydzień np. w ramach II śniadania czy coś, wykluczając czas Postu. 

Cieszę się, że odważyłam się napisać ten post, bo bałam się strasznie i zbierałam cholernie długo, to bardzo trudne ujawniać innym swoje problemy. Wydaje mi się, że to już duży krok do przodu :)
Liczę tylko na wsparcie. Dziękuję tym, którzy przeczytali posta!