Tak, wiem. Pojawiam się, znikam, potem znowu daję znać, że żyję i odchodzę w niepamięć bez słowa wyjaśnienia. Na Wasze blogi zaglądam min. raz w tygodniu nie ujawniając się. Powód? Brak czasu totalny, zła organizacja, silne emocje - to wszystko naraz mi się skumulowało i przyznać się muszę, że ostatnio kiepsko ze mną bardzo.
Upadek dotychczasowych wartości poniósł za sobą spore konsekwencje, którym dalej się poddaję i jednocześnie cholernie mi z tym źle. Zastanawiam się, co się stało z moją determinacją? Z chęcią życia w harmonii z samą sobą? Bo przecież "w zdrowym ciele zdrowy duch", "by pokochać innych musisz najpierw pokochać siebie", "żyj w zgodzie ze sobą". A ja? Ja chyba jestem totalnym tego przeciwieństwem. Mam gdzieś swoje zdrowie, faszeruje się syfem, np. tabletkami, zupełnie przestałam przestrzegać zasad racjonalnego żywienia. Przez pół dnia jem zdrowo, a drugie pół kończy się rewolucjami w układzie pokarmowym. Jak szybko mój organizm, a raczej moja psychika, potrafiła wejść w ten mylny komfort, żeby jeść co się chce i kiedy chce, bo raz się żyje, bo tyle czasu sobie odmawiałaś, bo miej to w 4 literach, bo nie masz dla kogo się starać, bo pieprzyć zdrowie, i tak nic z tego wszystkiego nie będzie. Sposób żywienia całkowicie odzwierciedla mój sposób myślenia.
W lustro patrzeć nie chcę, ćwiczenia od pewnego czasu nie są przeze mnie wykonywane w trosce o wygląd, ale jakby przeciwko niemu. Przeciwko sobie. Zmian w sobie zauważyłam całe mnóstwo, problemów ze zdrowiem też przybyło. Próbowałam wielokrotnie się podnieść, mówiłam "od świąt, od Nowego Roku, hmm.. dobra, od połowy stycznia. Nie, nie, może od lutego? Tak, od lutego [...]". Być może niektórzy z Was to znają. Syndrom tzw. poniedziałku, kiedy to w weekend obiecujemy sobie, że od tego magicznego poniedziałku zaczniemy być innymi ludźmi. Głupie i naiwne.
Chcę wyjść sobie naprzeciw. Chcę spróbować, ale potrzebuję nie robić tego w nieświadomości innych. Bo dla siebie nie mam się co starać, skoro nie umiem samej siebie zaakceptować.
Czas podjąć walkę, bo dopóki walczysz, jesteś zwycięzcą ;) Na czym ma polegać? Codzienność ma być dla organizmu nagrodą, a nie karą. To oznacza walkę z myśleniem, pracę nad jedzeniem. Nie mam na myśli jakichś super rewolucji, bo to nie ma sensu. Małymi kroczkami do celu. Kilka kategorii produktów do wykluczenia (spokojnie, chodzi tylko o te produkty, które naprawdę niczego nie wnoszą - nie mam zamiaru eliminować żadnego źródła energii, czyt. węgli/tłuszczy/białka), przestrzeganie prawidłowych zasad żywienia, które są przecież mi dobrze znane i podejście do aktywności fizycznej jako do czasu relaksu, a nie katuszy, kiedy z bolącym żołądkiem uparcie cisnę cardio zrażając się coraz bardziej. Wiem, że za okres zaniedbania należy mi się kara, dlatego (może to wyda się śmieszne, dla mnie każdy pretekst jest dobry) postanowiłam (ku mojej uciesze będę miała wsparcie w mamie), że na okres 40 dni Postu odstawiam słodycze i alkohol CAŁKOWICIE.
Na blogu zatem będę co jakiś czas publikowała post podsumowujący. Jak mi poszło, co z moją psychiką, czy jest postęp, czy też robię krok do tyłu. Informować chciałabym o wszystkim, nawet o niepowodzeniach, bo porażki są nauczką. Poza tym mam nadzieję, że wtopy będą bardzo rzadko.
Moim celem póki co jest lekki spadek wagi (uwierzcie, muszę), tak więc zacznę na jakiś czas przestrzegać tego, co ląduje na moim talerzu. Bez paranoi, ale uwzględniając dni treningowe i bez niego. Człowiekiem tylko jestem, także dopuszczam OD CZASU DO CZASU drobne grzeszki, ale nie, jak to ostatnio bywało, codziennie, tylko raz na tydzień np. w ramach II śniadania czy coś, wykluczając czas Postu.
Cieszę się, że odważyłam się napisać ten post, bo bałam się strasznie i zbierałam cholernie długo, to bardzo trudne ujawniać innym swoje problemy. Wydaje mi się, że to już duży krok do przodu :)
Liczę tylko na wsparcie. Dziękuję tym, którzy przeczytali posta!